h1

Janusz Palikot – polski Wujek Sam

4 Październik 2010

fot. P. Supernak /PAP

Amerykanie uwielbiają Uncle Sama. Facet z długą, siwą brodą stanowi wręcz dla nich obiekt kultu. W naszej polityce do tej pory mogliśmy doszukać się co najwyżej Ojca. Ostatnio nagle – najpierw na proszkach, potem już nie wiadomo na czym – wkroczył Brat. A za nim wielkimi susami przydrałował na scenę Wujek. Wujek Palikot.

Partia Nowa, Problemy Nowe, Polska Nowoczesna

Od dawna polskiej scenie politycznej trzeba było świeżego oddechu. Jak to powiedział Palikot na kongresie – trzeba wpuścić powietrze do tego zatęchłego pokoju. Spójrzmy: mamy przedwojenne PSL, powojenne SLD i dwie partie z 2001roku. Może rozwiązania sprawdzone i przetestowane są najlepsze, ale w tym przypadku o sprawdzeniu nie ma mowy.

PSL – ludowa: stara się wspierać rolników a tak naprawdę balansuje PO-PiS-SLD. Kto da więcej, temu wierzymy. Nie ma żadnego znaczenia, w czym pokładacie nadzieję. Polska klerykalna, antykatolicka, radykalna czy otwarta – to żadna różnica. W końcu dbamy o swojej Polski interesy.

SLD – postkomunistyczna. O przepraszam, od czasu kampanii już się tak nie mówi. Teraz to LEWICA. No więc SLD – lewica: oczko do PiSu w kampanii(właściwie to bardziej przymknięte oko), oczko do PO po kampanii. No przecież liczy się dobro naszej Polski ( a i tak w wyborach zwyciężymy i znów wygra filipiński wirus).

PO – centrum: nie będzie absolutnie podwyżki podatków, pedofilów wykastrujemy, a sklepy z dopalaczami zamkniemy. Dziury budżetowej nie będzie – a już na pewno nie będzie dużej. Aha – i nie będzie Rusek pluł nam w twarz!

PiS – prawica: fanatyczni radykałowie. Reklamują leki bez recepty i retorykę wojenną. Prezes zapomniał, że w Polsce Gabinet Cieni jeszcze się nie sprawdził i bawi się w ministra spraw zagranicznych. I strzela sobie samobója w piękny stylu.

Tani populizm czy lewicowe ideały?

Czy „Polska Nowoczesna” jeśli przekształci się w partię, będzie czymś nowym na scenie politycznej? Nie. Dlaczego? Postulaty Palikota przedstawić można w kilku grupach:

1. dawne hasła PO

- ograniczenie ilości posłów

- zniesienie Senatu

- (częściowa) refundacja In vitro

2. hasła lewicowe

- bezpłatna antykoncepcja (ale przyznać trzeba inwencję)

- rozdział Kościoła od państwa

- refundacja In vitro (także populistyczna)

- rejestracja związków homoseksualnych

3. hasła populistyczne vel. niewykonalne

- zniesienie immunitetu

- 1% na kulturę

- kadencyjność funkcji wszelakich

- „upowszechnienie internetu”

Owszem – to nie wszystkie postulaty Palikota. Ale tylko na tych kilku widać, że odnosi się w swych założeniach głównie do haseł lewicowych, starych pomysłów (dawnych) kolegów z partii i taniego populizmu. Oczywiście – kto by nie chciał 1% na kulturę i zniesienia Senatu, ale to nie jest wykonalne przynajmniej na razie w polskich realiach – o czym przekonał się po wyborach parlamentarnych Donald Tusk.

Palikot jest też dobrym strategiem. Nie mógł wybrać lepszego momentu  na postulaty walki z Kościołem. Według wszystkich sondaży poparcie dla hierarchów po „aferze z krzyżem” spadło o kilka, a nawet kilkanaście procent. Można zarzucać mu jazdę po bandzie, ale w polityce już dawno wyleczyliśmy się z sentymentów i liczy się skuteczność.

Kicz – czy aby na pewno?

Sęk w tym, by być wiarygodnym. Twierdzenia, że Palikot wiarygodny nie jest, są dla tego polityka niesprawiedliwe. On działa bowiem w sferach, które są aż nazbyt namacalne: Komisja Przyjazne Państwo + kilka performanców (i szerzej nieznana działalność poselska). Wyniki Komisji chociaż nie imponują, to dają się zmierzyć, zwarzyć, udowodnić. I przy tym cel jest szczytny – pomóc przeciętnemu Kowalskiemu przebrnąć przez mordercze procedury administracji.

Happeningi chociaż kiczowate, niezrozumiałe, szokujące, agresywne, ekstrawaganckie i awangardowe, paradoksalnie wywołują reakcję. I przede wszystkim rozwiązują problem – jak ta z penisem i pistoletem była zwróceniem uwagi społeczeństwa na sprawę gwałtów w lubelskiej policji.

Pytamy, czy sposób działania Palikota nie jest kiczowaty? Owszem. Ale żyjemy w społeczeństwie, gdzie dzieci zabijają się w grach komputerowych, nastolatki umieszczają rozbierane zdjęcia w Internecie, a studenci szukają sponsorów wśród „elit intelektualnych” państwa. Palikot znalazł dobry sposób by być zauważonym i wywołać reakcję. A o nią najtrudniej w dzisiejszym społeczeństwie.

h1

Solidarność – ta sama co 30 lat temu?

31 Sierpień 2010

Od kilku dni toczy się debata o tożsamość dzisiejszej „Solidarności”. Jest ona tym bardziej istotna, że może wpłynąć na to, jak ten „niepodległościowy zryw” lub tylko „związek robotniczy” będzie w przyszłości postrzegany. A także jakie miejsce w nim znajdą Lech Wałęsa, Lech Kaczyński czy Bogdan Borusewicz.

30 lat temu

„Solidarność” powstała jako zryw 10 milionów Polaków, niezadowolonych z panującego systemu, chcących godziwego życia, wolności słowa, myśli i działania. Była niespotykanym na skalę światową zjawiskiem, zaskoczyła pozostałe kraje satelickie, sam Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich a także cały świat, o ile ten interesował sytuacją na Wschodzie. A interesował się. Dała początek ruchom wyzwoleńczym w republikach radzieckich i w rezultacie doprowadziła – jako jeden z kilku czynników – do upadku komunizmu( a przynajmniej ZSRR).

Dlaczego to takie ważne? Bo słowa powtarzane milion razy w końcu stają się mową retoryczną i nikt nie docenia ich wagi. A tak właśnie było i dlatego mamy obowiązek – nie prawo, ale obowiązek właśnie – docenić takie dziedzictwo naszego kraju. Być kostką domina, która doprowadzi do upadku państwo, które wygrało II wojnę światową, to zaszczyt. A zaszczyt powinien wykluczać hańbę i wstyd.

Podziwiać należy współpracę, podziemne działania i otwartą propagandę. To, że ludzie pomimo strachu zapisywali się do związku, agitowali i mieli odwagę na głos mówić, co myślą. Nam, współcześnie żyjącym, zwłaszcza młodym, z trudnością przychodzi zrozumieć, że 30 lat temu nie można było wykrzyczeć tego, co się nie podobało. Za to teraz korzystamy z tego prawa aż w nadmiarze.

30 lat potem

Na zjeździe „Solidarności” mogliśmy podziwiać tragiko komedię. Pan Kaczyński kontaktuje się z zaświatami(niestety ale nawet Pan nie wie, co „Pana brat miałby na myśli”), pan Śniadek przerywa przemówienia, poseł Jaworski obraża uczestników strajku (kiedy strajk wybuchł w ’80 roku poseł miał 10 lat…) a wszystkiemu towarzyszą gwizdy, przepychanki w kuluarach, obraźliwe epitety i brudna retoryka.

Nie ma podziękowań, konfetti i uśmiechów. Zamiast czczenia historii, pamięci lub po prostu osób strajkujących są wyzwiska, kłótnie i upolitycznienie. Gdzie jest solidarność, szacunek i demokracja? Bo demokracja to nie tylko możliwość wygłaszania własnych poglądów ale szanowanie cudzych. Niektórzy zarzucają brak szacunku wyzierający z przemówienia Donalda Tuska. Czemu nie przyznają przy tym, że zdanie Jarosława Kaczyńskiego, aż nazbyt nakierowane na obecne sprawy: Nie wolno ludźmi manipulować, nie wolno ludzi oszukiwać. Trzeba mówić jak jest. Nie wolno zmieniać znaczenia słów, bo to też jest manipulacja, a tak często się z nią spotykamy i na tej sali też nie jest pełne szacunku?

Przyszłość niepewna

Z „Solidarności” pozostała idea – powiedział jeden z przewodniczących strajku w stoczni. Pozostała pamięć, wartość wolności i zasługi – w tym zasługi Lecha Wałęsy, Lecha Kaczyńskiego i innych. Lecz to, co łączyło ich 30 lat temu, teraz dzieli. Nie ma już jednego ruchu – w samym związku są osoby bliżej utożsamiające się ze stroną rządzącą i te, którym po drodze z opozycją. Związek zawodowy „Solidarność” z założenia powinien być apolityczny, bezpartyjny. Nie znaczy to, że ludzie go tworzący nie mogą mieć swoich poglądów politycznych. Nie powinny jednak być one przedmiotem działania związku. Dlaczego więc gwizdy towarzyszyły wszystkim przemówieniom oprócz tego, wygłoszonego przez Jarosława Kaczyńskiego? Czy mamy prawo zapominać, że zarówno Prawo i Sprawiedliwość jak i Platforma Obywatelska powstałe w 2001 roku zrzeszają ludzi dawnej „Solidarności”?

Obchodów rocznicy strajku stoczniowców w takiej formie jak był, nie powinno być w ogóle. To wstyd dla Polski, dla Polaków, dla współczesnej historii a także dla ludzi, którzy pomimo pamięci o tamtych wydarzeniach zachowują się jak rozkrzyczani aktorzy w wyjątkowo nieudanej komedii. Komedii, która byłaby nawet śmieszna gdyby nie była tragiczna. Łatwo rzucać wielkie słowa, które nic nie znaczą, zwłaszcza wtedy, kiedy nie wiemy po co, z kim i o co walczymy.

h1

Prawo zemsty

10 Sierpień 2010

W „Prawie zemsty” Graya główny bohater mści się za bezkarność mordercy jego żony i córki. W obecnej polityce nie jest co prawda tak brutalnie ale i tak wszyscy wychodzą ze skóry i pytają – co się stało z Jarosławem Kaczyńskim?

Najpierw była wielka przemiana…

Był pokój „polsko – polski” i przyjaźń z lewicą. Od wizerunku kandydata na prezydenta były pisowskie „gołębie” (Kluzik – Rostkowska i Poncyliusz), które zapewniały pokojową debatę – zero kontrowersji, zero brutalności, tylko ciepły uśmiech i jeszcze cieplejsze słowa. Przynajmniej na początku. Potem zrobiło się goręcej – także za sprawą Platformy. Ale gdy już stało się jasne, że PiS z wygrzanym fotelem prezydenta może się pożegnać na kolejne 5 lat, zrobił się prawdziwy upał. Podobno zanim Jarosław Kaczyński wyszedł na scenę, by „pogratulować zwycięzcy” w sztabie padły słowa: „Musimy teraz walczyć o prawdę o Smoleńsku. Jeżeli komuś się to nie podoba to trudno” – i zaczął walczyć. A wielu się to nie podobało

… a potem szara rzeczywistość

W kampanii wszelkie chwyty są dozwolone. Skoro mógł się zmienić prezes Kaczyński, mógł też Palikot. I w jedną i drugą zmianę głupie społeczeństwo uwierzyło – i po raz kolejny z niego zadrwiono. Ale o ile w Palikocie nikt nie pokładał nadziei, o tyle w niedoszłym prezydencie całkiem sporo – bo ponad 6 milionów naszych rodaków. Część z nich powoli otrząsa się z powyborczego szaleństwa i zaczyna pytać – co się stało? Zupełnie jakbyśmy przez ostatnie miesiące żyli w śnie i właśnie nas z niego wybudzono.

Polsko – ty jesteś jak zdrowie…

Niektórzy widzą w nim patriotę – jednego z niewielu jaki ostał się na polskiej, postkomunistycznej ziemi. Jednego z tych „prawdziwych”, którzy walczyli o „sprawę”. Szkoda, że cały – całkiem ładny życiorys – Jarosław Kaczyński bruka na własne życzenie. W ostatnim czasie jest on autorem słów, które – jestem pewna – jeszcze długo nie dadzą się zapomnieć. Jak choćby te z jednej z ostatnich konferencji prasowych partii:

„ wybór Komorowskiego był wynikiem śmierci mojego brata”

„ polityka powinna odbywać się na poziomie ludzi kulturalnych ( o zachowaniu Palikota)  i taka jest różnica między mną a innymi (politykami)”

Czy polityk „nie uznający praw demokracji” ( to prawda – nie ma prawnego zapisu o obowiązku uczestnictwa w zaprzysiężeniu nowo wybranego prezydenta), biorący do siebie aż nazbyt dosadnie prawa przegranych do własnego zdania, powinien mieć publiczne przyzwolenie na pełnienie swojej funkcji? Czy potrzebna jest polityka nienawiści, by przekonać do siebie ludzi?

Co na to psychologia?

Pomoc psychologa wciąż jest w naszym kraju traktowana nieufnie. Kojarzy się on z psychiatrą, ten z kolei zajmuje się chorobami psychicznymi. Tymczasem na Zachodzie każda szanująca się gwiazda, biznesmen, czy zwykła pani z kiosku ma swojego psychologa. Tak dla komfortu duszy.

Wyjaśnianie zachowania prezesa na swoje barki biorą także psychologowie. Albo raczej ci, którzy próbują się w nich bawić. I to właśnie może być odpowiedzią na nasze pytanie – śmierć brata jest bowiem dla bliźniaka tak wielkim przeżyciem, że aby oddać zmarłemu hołd, cześć, czy zwykłą pamięć, drugi bliźniak jest w stanie zrobić naprawdę wiele. Z tego nie należy się śmiać – w końcu prezes PiSu ma jak największe prawo do osobistego przeżywania tragedii jaka go spotkała. Czy jednak nie należało zostawić na chwilę polityki w spokoju – nikt by nie odebrał tego jako wycofanie z gry. To raczej byłaby naturalna reakcja pozwalająca dojść mu do siebie po tak ciężkich przeżyciach.

PiS(ane) było inaczej

Powrót prezesa mógł być za to wielki. A teraz nie ma powrotu, chyba że do „starego” wizerunku. Ten wizerunek nie pasuje zaś przeciwnikom politycznym, wyborcom, ale także przestaje  pasować obecnym członkom partii, w tym posłom. Coraz częściej odżegnują się od komentarzy na temat wypowiedzi swojego szefa, idą w zaparte głosując niezgodnie z dyscypliną partyjną (np. wybór Schetyny na Marszałka Sejmu, czy Wenderlicha na wicemarszałka) i ponoszą tego konsekwencje – w tym materialne. Czy coś się kończy? Czy jest tym kariera prezesa? Niewykluczone. I nie do przewidzenia – bo takie są zasady polityki: nigdy nie wiadomo, na czym pozyska się wyborców, a na czym straci.

Może to nowa strategia – na wygraną, może na przetrwanie? – nie wiem. Ale patrząc w oczy prezesa podczas jednej z konferencji prasowej myślę, że nie. Za dużo w nich nienawiści.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.