Od kilku dni toczy się debata o tożsamość dzisiejszej „Solidarności”. Jest ona tym bardziej istotna, że może wpłynąć na to, jak ten „niepodległościowy zryw” lub tylko „związek robotniczy” będzie w przyszłości postrzegany. A także jakie miejsce w nim znajdą Lech Wałęsa, Lech Kaczyński czy Bogdan Borusewicz.
30 lat temu
„Solidarność” powstała jako zryw 10 milionów Polaków, niezadowolonych z panującego systemu, chcących godziwego życia, wolności słowa, myśli i działania. Była niespotykanym na skalę światową zjawiskiem, zaskoczyła pozostałe kraje satelickie, sam Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich a także cały świat, o ile ten interesował sytuacją na Wschodzie. A interesował się. Dała początek ruchom wyzwoleńczym w republikach radzieckich i w rezultacie doprowadziła – jako jeden z kilku czynników – do upadku komunizmu( a przynajmniej ZSRR).
Dlaczego to takie ważne? Bo słowa powtarzane milion razy w końcu stają się mową retoryczną i nikt nie docenia ich wagi. A tak właśnie było i dlatego mamy obowiązek – nie prawo, ale obowiązek właśnie – docenić takie dziedzictwo naszego kraju. Być kostką domina, która doprowadzi do upadku państwo, które wygrało II wojnę światową, to zaszczyt. A zaszczyt powinien wykluczać hańbę i wstyd.
Podziwiać należy współpracę, podziemne działania i otwartą propagandę. To, że ludzie pomimo strachu zapisywali się do związku, agitowali i mieli odwagę na głos mówić, co myślą. Nam, współcześnie żyjącym, zwłaszcza młodym, z trudnością przychodzi zrozumieć, że 30 lat temu nie można było wykrzyczeć tego, co się nie podobało. Za to teraz korzystamy z tego prawa aż w nadmiarze.
30 lat potem
Na zjeździe „Solidarności” mogliśmy podziwiać tragiko komedię. Pan Kaczyński kontaktuje się z zaświatami(niestety ale nawet Pan nie wie, co „Pana brat miałby na myśli”), pan Śniadek przerywa przemówienia, poseł Jaworski obraża uczestników strajku (kiedy strajk wybuchł w ’80 roku poseł miał 10 lat…) a wszystkiemu towarzyszą gwizdy, przepychanki w kuluarach, obraźliwe epitety i brudna retoryka.
Nie ma podziękowań, konfetti i uśmiechów. Zamiast czczenia historii, pamięci lub po prostu osób strajkujących są wyzwiska, kłótnie i upolitycznienie. Gdzie jest solidarność, szacunek i demokracja? Bo demokracja to nie tylko możliwość wygłaszania własnych poglądów ale szanowanie cudzych. Niektórzy zarzucają brak szacunku wyzierający z przemówienia Donalda Tuska. Czemu nie przyznają przy tym, że zdanie Jarosława Kaczyńskiego, aż nazbyt nakierowane na obecne sprawy: Nie wolno ludźmi manipulować, nie wolno ludzi oszukiwać. Trzeba mówić jak jest. Nie wolno zmieniać znaczenia słów, bo to też jest manipulacja, a tak często się z nią spotykamy i na tej sali też nie jest pełne szacunku?
Przyszłość niepewna
Z „Solidarności” pozostała idea – powiedział jeden z przewodniczących strajku w stoczni. Pozostała pamięć, wartość wolności i zasługi – w tym zasługi Lecha Wałęsy, Lecha Kaczyńskiego i innych. Lecz to, co łączyło ich 30 lat temu, teraz dzieli. Nie ma już jednego ruchu – w samym związku są osoby bliżej utożsamiające się ze stroną rządzącą i te, którym po drodze z opozycją. Związek zawodowy „Solidarność” z założenia powinien być apolityczny, bezpartyjny. Nie znaczy to, że ludzie go tworzący nie mogą mieć swoich poglądów politycznych. Nie powinny jednak być one przedmiotem działania związku. Dlaczego więc gwizdy towarzyszyły wszystkim przemówieniom oprócz tego, wygłoszonego przez Jarosława Kaczyńskiego? Czy mamy prawo zapominać, że zarówno Prawo i Sprawiedliwość jak i Platforma Obywatelska powstałe w 2001 roku zrzeszają ludzi dawnej „Solidarności”?
Obchodów rocznicy strajku stoczniowców w takiej formie jak był, nie powinno być w ogóle. To wstyd dla Polski, dla Polaków, dla współczesnej historii a także dla ludzi, którzy pomimo pamięci o tamtych wydarzeniach zachowują się jak rozkrzyczani aktorzy w wyjątkowo nieudanej komedii. Komedii, która byłaby nawet śmieszna gdyby nie była tragiczna. Łatwo rzucać wielkie słowa, które nic nie znaczą, zwłaszcza wtedy, kiedy nie wiemy po co, z kim i o co walczymy.



