Dlaczego boimy się Opus Dei?

ObrazekJosemaria Escriva przemawia do zgromadzonych.

Podobnie jak masoneria, Opus Dei od czasu publikacji „Kodu” Browna, w opinii publicznej uchodzi za organizację w równym stopniu tajemniczą, co niebezpieczną. Film o założycielu Dzieła – Escrivie- w ostatniej chwili został wycofany z polskich kin. Dlaczego tak boimy się Dzieła? Bo niewiele o nim wiemy.

Czym jest Opus Dei?

    Opus Dei, czyli „Dzieło Boże”, jest rodzajem związku religijnego, który formalnie działa obok(a nie w ramach) Kościoła katolickiego. Powstał w 1928r. w Hiszpanii i wkrótce zyskał zwolenników na całym świecie. Do związku, który liczy około 90tys wyznawców(dane na rok 2010) w 1989r. przyłączyli się także Polacy. Wedle szacunków jest ich w Dziele około pięciuset.

    Od 1982r. Opus Dei stało się z woli papieża Jana Pawła II tzw. prałaturą personalną. Co to zmieniło w rzeczywistości? Papież oficjalnie przekształcił dotychczasowy instytut świecki na instytucję niezależną od hierarchii kościelnej. Dlatego formalnie Opus Dei nie należy do kościoła katolickiego pod względem prawnym, niemniej jego członkowie deklarują absolutne posłuszeństwo papieżowi.

Kto tworzy Opus Dei?

    Członków Opus Dei można podzielić na trzy grupy: supernumerariuszy, numerariuszy i przyłączonych. Supernumerariusze, którzy stanowią ok. 70% Dzieła, mieszkają w swoich domach a ich życie niczym nie różni się od życia przeciętnego obywatela. Numerariusze i przyłączeni deklarują wytrwanie w celibacie, a pierwsi z nich żyją w ośrodkach formacyjnych, które mogą przypominać katolickie zakony. Wśród członków Opus Dei są także kapłani(żyjący w celibacie), którzy jednak stanowią niewielką część Dzieła, bo około 2%.

    Supernumerariusze są niezależni w swoich wyborach politycznych. Mogą pracować w dowolnym zawodzie i mają własne rodziny. Muszą zdecydowanie oddzielić pracę zawodową od członkostwa w Dziele. Opus Dei ma być dla nich rodzajem długoletnich rekolekcji, formacji duchowej i światopoglądowej. Dodatkowo z przynależnością do Dzieła wiążą się, oprócz codziennych praktyk religijnych jak Msze Święte, obowiązkowe składki pieniężne.

    Numerariusze są najbardziej tajemniczą grupą wśród członków Opus Dei. Mieszkają w ośrodkach formacyjnych, są podzieleni na strefy żeńskie i męskie, a ich dzień jest ściśle wypełniony obowiązkami. Numerariusze uczestniczą w codziennych spotkaniach w swoim gronie, nierzadko się umartwiają, uczestniczą w Mszach Świętych i innych praktykach religijnych.

Warunki wstąpienia do Dzieła

    Do Opus Dei może należeć każdy, kto jest pełnoletni. Proces przyłączania się trwa przeważnie kilka lat i polega na zaznajamianiu się z celami Dzieła, studiowaniu nauk i pogłębianiu wiary. Głównym celem jest jednak „przemyślenie” swojego członkostwa w Dziele ponieważ, chociaż członkostwa nie wiąże żadna umowa i –teoretycznie- nie ma problemu z wystąpieniem z niego w każdej chwili, w praktyce wystąpienia zdarzają się rzadko i przeważnie toną w atmosferze skandalu.

Opus Dei – przez pracę do świętości

    Podstawowym założeniem Opus Dei jest przekonanie, że świętym może zostać każdy człowiek, nie tylko duchowny. Praktyka członka Opus Dei to codzienna droga do świętości, poprzez życie w zgodzie z religią i wyznawanymi wartościami. Najważniejszym elementem „uświęcającym” dla członka Opus Dei jest praca. Ma być wykonywana z pasją, zaangażowaniem i nieodłączną modlitwą. Członkostwo w Dziele to droga do samodoskonalenia w życiu doczesnym i stania się świętym w wieczności.

Dlaczego Opus Dei wzbudza tyle wątpliwości? Po pierwsze – osoba założyciela.

    Przede wszystkim Dzieło jest kontrowersyjne ze względu na swojego założyciela – Josemarię Esriva. Przez jednych uznawany za człowieka skromnego i wzbudzającego zaufanie, przez innych krytykowany za próżność i autorytarne skłonności, Escriva nie może doczekać się wiarygodnej i spójnej relacji. Liczne są także oskarżenia wobec jego rzekomego poparcia dla reżimu Franco. W rzeczywistości nawet jeśli Ecriva popierał Franco, który nie wypierał się przecież chrześcijańskiej filozofii, musiał pamiętać o tysiącach zamordowanych przez reżim duchownych. Historycy i teologowie podkreślają, że w tamtych warunkach i w tamtym czasie poparcie dla reżimu stawało się jedyną szansą na przetrwanie.

Po drugie – kontrola nad życiem członków Dzieła

    Zwłaszcza numerariusze zarzucają Opus Dei całkowite podporządkowanie życia w ośrodkach fomacyjnych regułom Dzieła. Dni tam wypełnione są do granic czasowych(oprócz pracy zawodowej przeważnie poza ośrodkiem) praktykami religijnymi i różnymi formacjami. Ponadto członkowie Opus Dei mogą spowiadać się jedynie u kapłanów Dzieła, pojawiają się także zarzuty kontrolowania poczty numerariuszy, specjalnego doboru filmów, które mogą oglądać w ośrodkach czy tzw. indeks ksiąg zakazanych zawierający pozycje niegodne członka Dzieła. To stwarza wrażenie zamkniętej sekty, jednak w ogromnej większości przypomina reguły znane zakonom katolickim.

    Chociaż supernumerariusze żyją w zasadzie własnym życiem, delikatną kwestią stają się obowiązkowe składki dla każdego członka. Często są to duże sumy pieniędzy, które członkowie płacą z własnej woli. Natomiast numerariusze są zmuszeni przeznaczać większą część swoich dochodów na działalność Dzieła.

Po trzecie – wpływ władz Opus Dei na życie polityczne świata

    Chociaż formalnie członkowie Opus Dei nie mogą wyrażać się ani działać w imieniu Dzieła, liczne w opinii publicznej są spiski, które utożsamiają Opus Dei z wszędzie obecną masonerią. Władzom Dzieła zarzuca się, że przez swoich członków, z których jednak tylko nieliczni piastują prominentne stanowiska, próbują wpływać na polityczne decyzje na najwyższych szczeblach władz państwowych. Na pewno takiego procederu nie da się zupełnie wyeliminować, ale znany jest on we wszystkich instytucjach, zarówno kościelnych jak i świeckich.

    Ponadto Opus Dei w ramach tzw. apostolstwa korporacyjnego, czyli szerzenia wiary i wartości katolickich wśród świeckich wyznawców, prowadzi liczne uczelnie, szpitale czy szkoły. Przeważnie studiują bądź leczą się w nich także, choć nie tylko, członkowie Dzieła.

Po czwarte – tajemnica

    I znów, podobnie jak masoneria, Opus Dei jest formacją, która wzbudza wiele wątpliwości przez swoją skłonność do tajemnic. Chociaż władze Opus Dei twierdzą, że reguły, na których opiera się Dzieło, a także wszelkie dokumenty czy chociażby rozliczenia z działalności placówek przynależnych prałaturze są ogólnodostępne, to jednak nigdzie nie znajdziemy listy członków Dzieła. I chociaż niektórzy z nich oficjalnie przyznają się do członkostwa, to pojawiającym się od czasu do czasu medialnym rewelacjom bliżej do plotek niż rzeczywistości. Skoro organizacja jest tajna i nawet nie wiemy, kto do niej należy, to znaczy, że ma coś do ukrycia. A to z kolei nie może wróżyć niczego dobrego.

Opus Dei jest kolejną z historycznych zagadek, o której słyszymy na tyle mało i na tyle rzadko, aby nie być pewnym jakiejkolwiek informacji. Jednak prawdą jest, że Opus Dei istnieje i ma się dobrze. Przy nasilającym się obecnie kryzysie Kościoła katolickiego, stosunkowo radykalna ale dająca też wiele wewnętrznej wolności, organizacja, może być rozwiązaniem dla tych, którzy nie mogą odnaleźć się we współczesnej, masowej rzeczywistości.

Janusz Palikot – polski Wujek Sam

fot. P. Supernak /PAP

Amerykanie uwielbiają Uncle Sama. Facet z długą, siwą brodą stanowi wręcz dla nich obiekt kultu. W naszej polityce do tej pory mogliśmy doszukać się co najwyżej Ojca. Ostatnio nagle – najpierw na proszkach, potem już nie wiadomo na czym – wkroczył Brat. A za nim wielkimi susami przydrałował na scenę Wujek. Wujek Palikot.

Partia Nowa, Problemy Nowe, Polska Nowoczesna

Od dawna polskiej scenie politycznej trzeba było świeżego oddechu. Jak to powiedział Palikot na kongresie – trzeba wpuścić powietrze do tego zatęchłego pokoju. Spójrzmy: mamy przedwojenne PSL, powojenne SLD i dwie partie z 2001roku. Może rozwiązania sprawdzone i przetestowane są najlepsze, ale w tym przypadku o sprawdzeniu nie ma mowy.

PSL – ludowa: stara się wspierać rolników a tak naprawdę balansuje PO-PiS-SLD. Kto da więcej, temu wierzymy. Nie ma żadnego znaczenia, w czym pokładacie nadzieję. Polska klerykalna, antykatolicka, radykalna czy otwarta – to żadna różnica. W końcu dbamy o swojej Polski interesy.

SLD – postkomunistyczna. O przepraszam, od czasu kampanii już się tak nie mówi. Teraz to LEWICA. No więc SLD – lewica: oczko do PiSu w kampanii(właściwie to bardziej przymknięte oko), oczko do PO po kampanii. No przecież liczy się dobro naszej Polski ( a i tak w wyborach zwyciężymy i znów wygra filipiński wirus).

PO – centrum: nie będzie absolutnie podwyżki podatków, pedofilów wykastrujemy, a sklepy z dopalaczami zamkniemy. Dziury budżetowej nie będzie – a już na pewno nie będzie dużej. Aha – i nie będzie Rusek pluł nam w twarz!

PiS – prawica: fanatyczni radykałowie. Reklamują leki bez recepty i retorykę wojenną. Prezes zapomniał, że w Polsce Gabinet Cieni jeszcze się nie sprawdził i bawi się w ministra spraw zagranicznych. I strzela sobie samobója w piękny stylu.

Tani populizm czy lewicowe ideały?

Czy „Polska Nowoczesna” jeśli przekształci się w partię, będzie czymś nowym na scenie politycznej? Nie. Dlaczego? Postulaty Palikota przedstawić można w kilku grupach:

1. dawne hasła PO

– ograniczenie ilości posłów

– zniesienie Senatu

– (częściowa) refundacja In vitro

2. hasła lewicowe

– bezpłatna antykoncepcja (ale przyznać trzeba inwencję)

– rozdział Kościoła od państwa

– refundacja In vitro (także populistyczna)

– rejestracja związków homoseksualnych

3. hasła populistyczne vel. niewykonalne

– zniesienie immunitetu

– 1% na kulturę

– kadencyjność funkcji wszelakich

– „upowszechnienie internetu”

Owszem – to nie wszystkie postulaty Palikota. Ale tylko na tych kilku widać, że odnosi się w swych założeniach głównie do haseł lewicowych, starych pomysłów (dawnych) kolegów z partii i taniego populizmu. Oczywiście – kto by nie chciał 1% na kulturę i zniesienia Senatu, ale to nie jest wykonalne przynajmniej na razie w polskich realiach – o czym przekonał się po wyborach parlamentarnych Donald Tusk.

Palikot jest też dobrym strategiem. Nie mógł wybrać lepszego momentu  na postulaty walki z Kościołem. Według wszystkich sondaży poparcie dla hierarchów po „aferze z krzyżem” spadło o kilka, a nawet kilkanaście procent. Można zarzucać mu jazdę po bandzie, ale w polityce już dawno wyleczyliśmy się z sentymentów i liczy się skuteczność.

Kicz – czy aby na pewno?

Sęk w tym, by być wiarygodnym. Twierdzenia, że Palikot wiarygodny nie jest, są dla tego polityka niesprawiedliwe. On działa bowiem w sferach, które są aż nazbyt namacalne: Komisja Przyjazne Państwo + kilka performanców (i szerzej nieznana działalność poselska). Wyniki Komisji chociaż nie imponują, to dają się zmierzyć, zwarzyć, udowodnić. I przy tym cel jest szczytny – pomóc przeciętnemu Kowalskiemu przebrnąć przez mordercze procedury administracji.

Happeningi chociaż kiczowate, niezrozumiałe, szokujące, agresywne, ekstrawaganckie i awangardowe, paradoksalnie wywołują reakcję. I przede wszystkim rozwiązują problem – jak ta z penisem i pistoletem była zwróceniem uwagi społeczeństwa na sprawę gwałtów w lubelskiej policji.

Pytamy, czy sposób działania Palikota nie jest kiczowaty? Owszem. Ale żyjemy w społeczeństwie, gdzie dzieci zabijają się w grach komputerowych, nastolatki umieszczają rozbierane zdjęcia w Internecie, a studenci szukają sponsorów wśród „elit intelektualnych” państwa. Palikot znalazł dobry sposób by być zauważonym i wywołać reakcję. A o nią najtrudniej w dzisiejszym społeczeństwie.

Solidarność – ta sama co 30 lat temu?

Od kilku dni toczy się debata o tożsamość dzisiejszej „Solidarności”. Jest ona tym bardziej istotna, że może wpłynąć na to, jak ten „niepodległościowy zryw” lub tylko „związek robotniczy” będzie w przyszłości postrzegany. A także jakie miejsce w nim znajdą Lech Wałęsa, Lech Kaczyński czy Bogdan Borusewicz.

30 lat temu

„Solidarność” powstała jako zryw 10 milionów Polaków, niezadowolonych z panującego systemu, chcących godziwego życia, wolności słowa, myśli i działania. Była niespotykanym na skalę światową zjawiskiem, zaskoczyła pozostałe kraje satelickie, sam Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich a także cały świat, o ile ten interesował sytuacją na Wschodzie. A interesował się. Dała początek ruchom wyzwoleńczym w republikach radzieckich i w rezultacie doprowadziła – jako jeden z kilku czynników – do upadku komunizmu( a przynajmniej ZSRR).

Dlaczego to takie ważne? Bo słowa powtarzane milion razy w końcu stają się mową retoryczną i nikt nie docenia ich wagi. A tak właśnie było i dlatego mamy obowiązek – nie prawo, ale obowiązek właśnie – docenić takie dziedzictwo naszego kraju. Być kostką domina, która doprowadzi do upadku państwo, które wygrało II wojnę światową, to zaszczyt. A zaszczyt powinien wykluczać hańbę i wstyd.

Podziwiać należy współpracę, podziemne działania i otwartą propagandę. To, że ludzie pomimo strachu zapisywali się do związku, agitowali i mieli odwagę na głos mówić, co myślą. Nam, współcześnie żyjącym, zwłaszcza młodym, z trudnością przychodzi zrozumieć, że 30 lat temu nie można było wykrzyczeć tego, co się nie podobało. Za to teraz korzystamy z tego prawa aż w nadmiarze.

30 lat potem

Na zjeździe „Solidarności” mogliśmy podziwiać tragiko komedię. Pan Kaczyński kontaktuje się z zaświatami(niestety ale nawet Pan nie wie, co „Pana brat miałby na myśli”), pan Śniadek przerywa przemówienia, poseł Jaworski obraża uczestników strajku (kiedy strajk wybuchł w ’80 roku poseł miał 10 lat…) a wszystkiemu towarzyszą gwizdy, przepychanki w kuluarach, obraźliwe epitety i brudna retoryka.

Nie ma podziękowań, konfetti i uśmiechów. Zamiast czczenia historii, pamięci lub po prostu osób strajkujących są wyzwiska, kłótnie i upolitycznienie. Gdzie jest solidarność, szacunek i demokracja? Bo demokracja to nie tylko możliwość wygłaszania własnych poglądów ale szanowanie cudzych. Niektórzy zarzucają brak szacunku wyzierający z przemówienia Donalda Tuska. Czemu nie przyznają przy tym, że zdanie Jarosława Kaczyńskiego, aż nazbyt nakierowane na obecne sprawy: Nie wolno ludźmi manipulować, nie wolno ludzi oszukiwać. Trzeba mówić jak jest. Nie wolno zmieniać znaczenia słów, bo to też jest manipulacja, a tak często się z nią spotykamy i na tej sali też nie jest pełne szacunku?

Przyszłość niepewna

Z „Solidarności” pozostała idea – powiedział jeden z przewodniczących strajku w stoczni. Pozostała pamięć, wartość wolności i zasługi – w tym zasługi Lecha Wałęsy, Lecha Kaczyńskiego i innych. Lecz to, co łączyło ich 30 lat temu, teraz dzieli. Nie ma już jednego ruchu – w samym związku są osoby bliżej utożsamiające się ze stroną rządzącą i te, którym po drodze z opozycją. Związek zawodowy „Solidarność” z założenia powinien być apolityczny, bezpartyjny. Nie znaczy to, że ludzie go tworzący nie mogą mieć swoich poglądów politycznych. Nie powinny jednak być one przedmiotem działania związku. Dlaczego więc gwizdy towarzyszyły wszystkim przemówieniom oprócz tego, wygłoszonego przez Jarosława Kaczyńskiego? Czy mamy prawo zapominać, że zarówno Prawo i Sprawiedliwość jak i Platforma Obywatelska powstałe w 2001 roku zrzeszają ludzi dawnej „Solidarności”?

Obchodów rocznicy strajku stoczniowców w takiej formie jak był, nie powinno być w ogóle. To wstyd dla Polski, dla Polaków, dla współczesnej historii a także dla ludzi, którzy pomimo pamięci o tamtych wydarzeniach zachowują się jak rozkrzyczani aktorzy w wyjątkowo nieudanej komedii. Komedii, która byłaby nawet śmieszna gdyby nie była tragiczna. Łatwo rzucać wielkie słowa, które nic nie znaczą, zwłaszcza wtedy, kiedy nie wiemy po co, z kim i o co walczymy.

Prawo zemsty

W „Prawie zemsty” Graya główny bohater mści się za bezkarność mordercy jego żony i córki. W obecnej polityce nie jest co prawda tak brutalnie ale i tak wszyscy wychodzą ze skóry i pytają – co się stało z Jarosławem Kaczyńskim?

Najpierw była wielka przemiana…

Był pokój „polsko – polski” i przyjaźń z lewicą. Od wizerunku kandydata na prezydenta były pisowskie „gołębie” (Kluzik – Rostkowska i Poncyliusz), które zapewniały pokojową debatę – zero kontrowersji, zero brutalności, tylko ciepły uśmiech i jeszcze cieplejsze słowa. Przynajmniej na początku. Potem zrobiło się goręcej – także za sprawą Platformy. Ale gdy już stało się jasne, że PiS z wygrzanym fotelem prezydenta może się pożegnać na kolejne 5 lat, zrobił się prawdziwy upał. Podobno zanim Jarosław Kaczyński wyszedł na scenę, by „pogratulować zwycięzcy” w sztabie padły słowa: „Musimy teraz walczyć o prawdę o Smoleńsku. Jeżeli komuś się to nie podoba to trudno” – i zaczął walczyć. A wielu się to nie podobało

… a potem szara rzeczywistość

W kampanii wszelkie chwyty są dozwolone. Skoro mógł się zmienić prezes Kaczyński, mógł też Palikot. I w jedną i drugą zmianę głupie społeczeństwo uwierzyło – i po raz kolejny z niego zadrwiono. Ale o ile w Palikocie nikt nie pokładał nadziei, o tyle w niedoszłym prezydencie całkiem sporo – bo ponad 6 milionów naszych rodaków. Część z nich powoli otrząsa się z powyborczego szaleństwa i zaczyna pytać – co się stało? Zupełnie jakbyśmy przez ostatnie miesiące żyli w śnie i właśnie nas z niego wybudzono.

Polsko – ty jesteś jak zdrowie…

Niektórzy widzą w nim patriotę – jednego z niewielu jaki ostał się na polskiej, postkomunistycznej ziemi. Jednego z tych „prawdziwych”, którzy walczyli o „sprawę”. Szkoda, że cały – całkiem ładny życiorys – Jarosław Kaczyński bruka na własne życzenie. W ostatnim czasie jest on autorem słów, które – jestem pewna – jeszcze długo nie dadzą się zapomnieć. Jak choćby te z jednej z ostatnich konferencji prasowych partii:

„ wybór Komorowskiego był wynikiem śmierci mojego brata”

„ polityka powinna odbywać się na poziomie ludzi kulturalnych ( o zachowaniu Palikota)  i taka jest różnica między mną a innymi (politykami)”

Czy polityk „nie uznający praw demokracji” ( to prawda – nie ma prawnego zapisu o obowiązku uczestnictwa w zaprzysiężeniu nowo wybranego prezydenta), biorący do siebie aż nazbyt dosadnie prawa przegranych do własnego zdania, powinien mieć publiczne przyzwolenie na pełnienie swojej funkcji? Czy potrzebna jest polityka nienawiści, by przekonać do siebie ludzi?

Co na to psychologia?

Pomoc psychologa wciąż jest w naszym kraju traktowana nieufnie. Kojarzy się on z psychiatrą, ten z kolei zajmuje się chorobami psychicznymi. Tymczasem na Zachodzie każda szanująca się gwiazda, biznesmen, czy zwykła pani z kiosku ma swojego psychologa. Tak dla komfortu duszy.

Wyjaśnianie zachowania prezesa na swoje barki biorą także psychologowie. Albo raczej ci, którzy próbują się w nich bawić. I to właśnie może być odpowiedzią na nasze pytanie – śmierć brata jest bowiem dla bliźniaka tak wielkim przeżyciem, że aby oddać zmarłemu hołd, cześć, czy zwykłą pamięć, drugi bliźniak jest w stanie zrobić naprawdę wiele. Z tego nie należy się śmiać – w końcu prezes PiSu ma jak największe prawo do osobistego przeżywania tragedii jaka go spotkała. Czy jednak nie należało zostawić na chwilę polityki w spokoju – nikt by nie odebrał tego jako wycofanie z gry. To raczej byłaby naturalna reakcja pozwalająca dojść mu do siebie po tak ciężkich przeżyciach.

PiS(ane) było inaczej

Powrót prezesa mógł być za to wielki. A teraz nie ma powrotu, chyba że do „starego” wizerunku. Ten wizerunek nie pasuje zaś przeciwnikom politycznym, wyborcom, ale także przestaje  pasować obecnym członkom partii, w tym posłom. Coraz częściej odżegnują się od komentarzy na temat wypowiedzi swojego szefa, idą w zaparte głosując niezgodnie z dyscypliną partyjną (np. wybór Schetyny na Marszałka Sejmu, czy Wenderlicha na wicemarszałka) i ponoszą tego konsekwencje – w tym materialne. Czy coś się kończy? Czy jest tym kariera prezesa? Niewykluczone. I nie do przewidzenia – bo takie są zasady polityki: nigdy nie wiadomo, na czym pozyska się wyborców, a na czym straci.

Może to nowa strategia – na wygraną, może na przetrwanie? – nie wiem. Ale patrząc w oczy prezesa podczas jednej z konferencji prasowej myślę, że nie. Za dużo w nich nienawiści.

Krucjata o symbole

Od kilku dni gdy słyszymy słowo krzyż, przed oczami staje nam nie symbol religijny ani nawet nie dyrektywa Unii o zakazanie wieszania krzyży w miejscach publicznych. Teraz jest to krzyż-symbol katyńskiej tragedii sprzed kilku miesięcy. Czy tak właśnie powinno być?


Największy symbol w kulturze świata

Historia krzyża jest bogata i sięga do korzeni wszystkich znanych nam kultur. Był obecny już w starożytności – w Babilonie, Asyrii, Egipcie, Indiach, Grecji, Rzymie. Choć jednoczy wyznawców różnych religii, umieszczany jest w centralnej części świątyń, noszony na szyi, zawieszany w szkołach czy urzędach politycznych, naznaczony jest także ciemnymi stronami w historii. W jego imię ruszały krucjaty, nie zawsze powodowane chęcią nawracania pogan, stał się symbolem śmierci męczeńskiej, przegranych wojen czy fanatycznych reżimów (swastyka Hitlera jest zmodyfikowaną wersją indyjskiego krzyża będącego symbolem szczęścia). Teraz w obronie czci i wiary poległych 10 kwietnia, jednoczy tłumy przed Pałacem Prezydenckim.

Symbol polskości?

„Cyrk”, „Morderstwo”, „Katyń trwa”, „Czy zdrajcy i NKWD są tak silni?” – głoszą napisy na transparentach. W pewnym momencie, pomimo kordonu policji, ktoś przełamał barierki. Inny przywiązał się do krzyża, inny nazwał księdza nawołującego do zachowania spokoju „ubekiem”. Tak wygląda obrona polskości i czci ofiar „bestialsko zamordowanych” 10 kwietnia. Tłumy z aparatami fotograficznymi, Mazurek Dąbrowskiego, ironiczne uśmiechy na twarzach policjantów i przede wszystkim – kompletne zaskoczenie i zdezorientowanie władz rządowych, kościelnych i zwykłych śmiertelników – niezależnie jakiego wyznania.

Początek żałoby przyprawiał o zdziwienie dziennikarzy, duchownych, polityków, rodziny zmarłych i cały świat. Ani jednego złego słowa, może za dużo tych dobrych bo przerysowanych na potrzeby chwili, ale także refleksja i przysłowiowa „cisza nad trumną”. Ale to, co tak pięknie się zaczęło, skończyło się jeszcze szybciej. I tym boleśniej odczuliśmy tę zmianę, gdyż – choć do przewidzenia – zaskoczyła drastycznym zwrotem ku bezpodstawnym plotkom, podejrzeniom, zniewagom i przez to spowodowała jeszcze większe oburzenie. Przekreślone zostały słowa o pojednaniu, nawróceniu, zmianie. Jednak podczas kiedy wszyscy myśleli, że spór o wawelski grób zakończył niesmaczny spór, był on dopiero początkiem.

Zbeszczenie krzyża

Naród Polski znów się podzielił – na zwolenników krzyża pod Pałacem (czyli: patrioci, katolicy, ludzie inteligentni, świadomi, którzy chcą suwerennej i wolnej Polski) i jego przeciwników( „ubecy”, słudzy Rosji, kryminaliści, ateiści, homoseksualiści, którzy chcą oddać Polskę obcej – bliżej nie sformułowanej – nacji). Podział bez podstaw, prymitywny, nieodpowiedzialny i zupełnie niedorzeczny. Symbol Polski – krzyż – jako kraju katolickiego, wierzącego, ale nie zamkniętego, z bogatym życiem duchownym i przez to wartościowego, stał się symbolem walki. Czy znów mamy powrócić do krucjat sprzed dziesięciu wieków?

Nie zgadzam się

1. Bo to nie spór o krzyż

To spór czysto polityczny, nie mający żadnego związku z religią – chyba, że religią nienawiści, z polityką nienawiści. Jarosław Kaczyński jest „przepełniony emocjami, bólem i nienawiścią” – jak powiedział Kazimierz Marcinkiewicz.. Steruje swój ludek, którzy być może i wierzy, że walczy o krzyż, za krzyż, za wolną Polskę, za religię, ale tak naprawdę daje sobą sterować jak marionetkami – jak dawali sobą sterować Churchill czy Roosevelt przez Stalina na konferencjach Wielkiej Trójki.

2. Bo w tej wojnie cierpi krzyż

Gdy widzę ludzi, którzy gotowi są zabić za krzyż (który w istocie stał się symbolem polityki Prawa i Sprawiedliwości choć nikt o tym głośno nie mówi), którzy myślą, że śmierć za krzyż jest wynikiem patriotyzmu, robi mi się niedobrze. Bo to nie jest taki krzyż jak w Nowej Hucie w czasie komunizmu. Niedobrze gdy patrzę, jak ta nienawiść skupia się na księżach, na strażnikach, na harcerzach. Niedobrze, gdy widzę parady przebierańców, które urządzają sobie szopkę pod miejscem – nieważne, że nie poświęconym – ale świętym!

3. Bo Pałac jest instytucją świecką

Pałac jest urzędem, kojarzonym z funkcją, a nie osobą. Jarosław Kaczyński po porażce wyborczej zbiera co może z rozsypującego się imperium Braci, żeby tylko utrzymać się w polityce i – na wszelki wypadek oczywiście – poza nią, gdyby coś jednak nie wyszło. Wszczynanie śledztw jednych po drugich – a to o roli Moskwy w Rosji, a to o roli wypowiedzi Komorowskiego na rok przed katastrofą(„Przyjdą wybory prezydenckie albo prezydent będzie gdzieś leciał, i to się wszystko zmieni”) – to polityka? To zemsta.

4. Bo cała ta kłótnia jest jedną, wielką paranoją.

Odzieranie pamięci zmarłych. Bo potem będzie się mówiło o Lechu Kaczyńskim ironicznie: „Ten, który ma pomnik przed Pałacem – braciszek wywalczył”. O co tak naprawdę chodzi Prezesowi? Najpierw zażenowanie udziałem w kampanii (wszyscy się spodziewali, nikt nie dowierzał…), potem przegrana w tejże kampanii – taka porażka boli jeszcze bardziej – a teraz walka na życie i śmierć… właśnie – tu śmierć coraz bardziej przestaje się liczyć.

Brak szacunku dla ludzi, którzy tam faktycznie jednoczyli się i cierpieli – każdy na własny sposób – lub tylko przychodzili tchnięci nagłym odruchem, poraża. Nie ważne, czy jesteś za czy przeciw – miej szacunek do siebie i do innych. Nie zachowuj jak się ostatni dyplomatołek umieszczając idiotyczne Demotywatory, podpisując się pod idiotycznymi filmikami, czy tekstami typu „Nie śpię, bo trzymam krzyż”. Wykazujesz tym samym poziom poniżej bruku i dzięki Tobie wcale nie dziwi poziom dyskursu pomiędzy „fanatykami” a rzekomo „oświeconymi” obywatelami kraju. Sytuacja w Polsce – po obu stronach barykady – rozczarowuje, wprawia w zakłopotanie i zwyczajne zażenowanie. Jeśli zmarli pod Smoleńskiem patrzą na Polskę, której służyli, są zniesmaczeni – jak cały kraj w tym momencie.

Kampania powodziowa


„I nadpłynęła nagle wielka, ciemna woda – jakby ktoś winy nasze spłukać chciał do cna… po wsiach i miastach, parkach i ogrodach niczym kosmiczna, wielka łza” – chciałoby się powiedzieć cytując Janusza Radka w jednej z jego piosenek. A wina nasza, wielka wina jawi mi się wyjątkowo ostro bo w cieniu ostatniej, smoleńskiej tragedii politycy urządzili sobie szopkę większą, niż dotąd potrafili.

Gdyby nie kataklizm, który nie schodzi z nagłówków od ostatnich trzech dni, nic nie byłoby w stanie ustąpić miejsca politykom, których ostatnie zachowanie wzburza moją całkiem szybko płynącą krew. Dowiedziałam się ostatnio, że moje problemy z kręgosłupem biorą się ze zbyt nerwowego charakteru. Ale jak u diabła mam nie być nerwowa jak widzę pogrążonego w żałobie Kaczyńskiego, który prowadzi kampanię-widmo i emerytowanego uczestnika Powstania Warszawskiego, który zachowuje się jakby był pierwszym lepszym populistą a nie powszechnie cenionym (także przeze mnie )politykiem – teraz kojarzącym się ze zwierzętami futerkowymi.

Kaznodzieja u bram Pałacu

Coraz słabiej zaczynam widzieć optymistyczne sondaże, które zapewniają zwycięstwo Komorowskiemu. Coraz mniej podoba mi się jego zachowanie – tak społeczne („przemawiasz jak kaznodzieja, nie polityk” – miał powiedzieć Donald Tusk), jak i polityczne (podpisanie ustawy o IPN jako wykorzystanie okazji, podobnie jak powołanie Przewodniczącego Kancelarii Prezydenta w kilka dni po tragedii, kiedy „podobno” nie było takiej wyższej konieczności). Rozumiem – polityk politykiem, ale świadomość swojego wizerunku jest – czy komuś to się podoba czy nie – elementem polityki. I to na tyle ważnym, że Komorowski może się o tym przekonać już w lipcu.

Gdyby o wyborze decydowali użytkownicy Facebooka (coraz większy % naszego społeczeństwa) Komorowski nie musiałby martwić się Bratem tylko Korwinem- Mikke, który przy elektoracie starszych pań schodzi na plan marginalny.

A co jeśli społeczeństwo zacznie myśleć podobnie, jak coraz więcej moich znajomych, że Platforma Platformą, ale Komorowski to wcale nie jest taki fajny? W akcie zemsty zagłosują na kogoś spoza POPiSu, ale akt zemsty obróci się zdecydowanie przeciwko nim, bo babcie i „patrioci” odwracać się od Brata nie chcą?

Braterska władza

Ktoś mi powiedział, że ważne, żeby polityk był skuteczny a nie pisowski – niepisowski a najlepiej, żeby PO i PiS z powodu małej różnicy programowej (de facto) złączyły się w jedno. Zgoda – niech będzie skuteczny, ale skuteczność nie polega na blokowaniu i negowaniu wszystkiego co wychodzi spoza jego partii. A propozycja koalicji wystąpiła, tylko, że media wyprzedziły Kaczyńskiego w jej wygłoszeniu i kolejna klapa – zaskoczenia nie ma.

Tym co przelało moją szalę wściekłości było zdanie kandydata Pis na prezydenta odnośnie ewentualnego przełożenia kampanii prezydenckiej w przypadku ogłoszenia stanu nadzwyczajnego (co w obecnej sytuacji należy do p.o. Marszałka Sejmu). Otóż Kaczyński zdecydowanie sprzeciwił się ogłaszaniu jakiegokolwiek stanu tłumacząc to w swym patriotycznym akcencie „niemożliwością tak długiego nieposiadania prezydenta, gdyż nie ma osoby, która podejmowałaby kluczowe dla państwa decyzje”. Otóż, zmartwię Pana – jest taka osoba. Sęk w tym, że nie jest to Pan.

Według wykładni literalnej: „Marszałek Sejmu tymczasowo, do czasu wyboru nowego prezydenta Rzeczypospolitej, wykonuje obowiązki prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w razie śmierci prezydenta Rzeczypospolitej. Osoba wykonująca obowiązki prezydenta Rzeczypospolitej nie może postanowić o skróceniu kadencji Sejmu”.

Według wykładni a contrario: „(…)gdyby ustawodawca chciał ograniczyć zakres działań marszałka Sejmu pełniącego obowiązki prezydenta bardziej niż wynika z analizowanego przepisu to wskazałby to wyraźnie. Przykładowo, ustawodawca mógł teoretycznie wskazać, że pełniący obowiązki prezydenta RP powinien ograniczyć się jedynie do czynności niezbędnych dla prawidłowego funkcjonowania Państwa we wszelkich jego aspektach, w tym w szczególności zaniechać skrócenia kadencji Sejmu. Ustawodawca jednak tak nie uczynił(…)”.

Więcej szczegółów tutaj: http://prawo.e-katedra.pl/czytelnia/sedno-sprawy/1650-kompetencje-po-prezydenta .

Więcej szacunku do siebie, panowie.

Nie dla Kaczyńskiego Wawel?

No i po żałobie. No i po ciszy nad trumnami. A winnych jest tylu, że nie ma na kogo się obrazić. Szkoda gadać, co się z tą Polską porobiło. Czy Wawel to odpowiednie miejsce? Odrzucając słowa naszego nie żyjącego już prezydenta powiem, że nie wszystko co białe jest białe, a czarne – czarne.

Na początek:

Rządzący, to Wam było potrzebne?

Rządzący, czy jesteście z siebie zadowoleni?

Rządzący, czy nie widzicie, że odarliście swoją decyzją prezydenta z należnego mu – jako człowiekowi i jako politykowi – szacunku i podzieliliście zjednoczone społeczeństwo?

Kamień na kamieniu

Pomijając sprzeczne informacje, jakimi raczą nas od wczoraj media (im więcej słucham, tym mniej rozumiem), Wawel jako miejsce pochówku zaproponował: kardynał Dziwisz, Partia (w tym kontekście pisana z dużej litery) lub rodzina. Niezależnie od tego, czy Kościół czy Państwo maczało w tym palce, nie zgadzam się z decyzją podjętą pod wpływem emocji. I dlatego rozumiem zarzut o przedwcześnie rozpoczętą kampanię PISu, na której (coraz bardziej prawdopodobne) „zarobi” brat zmarłego. Nie wiemy, czy zarobi wystarczająco, ale być może – za dużo.

Odpolityczniony Kościół

Nasz (fajny skądinąd) kardynał nie powinien zapominać, że Kościół jest głosem ludu, a nie polityki. A lud się nie zgadza. To, co w pierwszych dniach mogło być odebrane jako akceptacja dla osoby prezydenta – pewnie nią było, ale znacznie mniejszych rzesz wiernych niż się duchownym wydawało. Zresztą i oni są podzieleni o czym świadczy wypowiedź biskupa Pieronka.

Będący prawnie własnością Kurii Wawel, w rzeczywistości jest własnością Narodu i to on ma prawo do decydowania. A jak na razie nie słyszę głosów(poza politykami – a i to nie wszystkimi) popierających tę nagłą decyzję.

Rodzinna decyzja

Zginął Wielki Polak – i tak go nazwijmy choć to kwestia sporna. Ale skoro był Wielki, niech wśród Wielkich leży – miejsc Wielkim przystojnych jest w Polsce co najmniej kilka – Powązki, Świątynia Opatrzności. A i grób rodzinny mógłby być dla Wielkiego godny – wszak to nie szata (sarkofag?) zdobi człowieka.

Wawel na tak

1. „Położenie Kaczyńskiego obok Piłsudskiego jest desakracją zwłok tego drugiego.”

– bzdura; kto zna choćby powierzchownie historię Polski doskonale zdaje sobie sprawę, że postać Marszałka była kontrowersyjna, tak samo jak jego pochówek na Wawelu. Owszem – działał w czasie trudnym dla Polski, dążył do odzyskania niepodległości. A do czego dążył Kaczyński jako opozycyjny działacz? Do odzyskania suwerenności na arenie międzynarodowej.

2. „Obok królów będzie leżał!”

a) o ile sobie przypominam z monarchii wyszliśmy kilka wieków temu więc raczej nie ma kogo tam już chować; najlepiej zamknąć Wawel jako sarkofag historii żeby nikt już nie poważył się tam postawić nogi!

b) królowie złożeni na Wawelu:

– Jan III Sobieski (wymordował Turków pod Wiedniem)

– Michał Korybut Wiśniowiecki (jeden z mniej udanych władców Polski)

– Władysław III Waza(mordował na Rusi)

– August II Mocny (żeby móc dokonać koronacji, wykradł insygnia ze skarbca wawelskiego)

Przykłady niezgodne z ówczesnymi standardami? Bo wojny były na porządku dziennym, bo trupami ścieliło się drogę do tronu, bo władzę wymuszało się siłą? Ok – to w takim razie jakie są standardy obecnie i które z nich nie nadają prawa do spoczynku na Wawelu Kaczyńskiemu?

3. Rodzina nie będzie decydować, gdzie ma być pochowany

Nie rodzina zadecydowała, bo nie ma takiej prawnej mocy, więc zarzuty powinny zostać skierowane pod inny adres. A formalnie Kuria ma prawo podjąć taką decyzję.

4. „Ja tu nie chcę Kaczora!”

No to sobie nie chciej.

Wawel na nie

1. Decyzja podjęta za szybko.

Są pewne sprawy, które wymagają czasu. Ta, podjęta zbyt emocjonalnie, wywołuje tylko niepotrzebne zamieszanie.

2. Kim on właściwie był?

Gdyby ktoś tydzień temu zaproponował Kaczyńskiemu po śmierci Wawel zostałby wyśmiany. Myślę, że sam zainteresowany nieźle by się przy tym ubawił.

3. Bo są bardziej zasłużeni – lecieli tym samym samolotem.

Mało się mówiło o antykomunistycznej działalności Kaczyńskiego. Prawdę mówiąc nie przypominam sobie, aby w którymś podręczniku zostało wymienione jego imię. Za to Kaczorowskiemu– owszem, dużo czytałam (już nie w podręcznikach) o Kurtyce. Dla mnie to są ludzie godni miana Wawelu – jako symbolu Prawdziwej Polski.

4. A co z żoną?

Była ciepłą osoba, otwartą, szczerą i sympatyczną – tak ją opisują znajomi. Ale czy to predestynuje ją do miejsca na Wawelu? Niech spocznie obok męża, niech nie zostaną rozdzieleni pośmiertnie, ale niech nie leżą tam…

5. Bo społeczeństwa nikt nie spytał o zdanie

W tym przypadku Naród przyznaje kanwę pierwszeństwa Pewnym Polakom. To Naród – nie politycy, nie Kościół, nie najbliższa rodzina – decyduje, kto ma być naznaczony na wieki zasłużonym orderem. Jeśli nie zadecyduje tak nigdy – widocznie nie był wystarczająco pewny. Ale może następne pokolenia zweryfikują naszą decyzję, dajmy im się wypowiedzieć.

Suma summarum

Nie wiem, czy Kaczyńskiemu należy się Wawel czy nie. Nie sprzeciwiam się, nie przytakuję. Nie umiem spojrzeć z dystansem, ale nie podoba mi się ta decyzja. Ale nie polemizuję bo nie uważam się za autorytet w tej sprawie. Paradoksalnie ci, którzy najwięcej szczekają, najmniej mają po temu powody. Przerzucają się – kto głośniej krzyczy, kto rzuci lepszym tekstem. A może już bluźnierstwem?

Niezależnie od poglądów – ciszej nad trumną!

To niesmaczne. Dzikie. Szczeniackie.